Cykl chrapania

Wtedy spróbowałem rozpracować rytm chrapania. Pomyślałem, że gdy zgram się z nim dokładnie, uda mi się trochę zdrzemnąć w przerwach błogosławionej ciszy. Oczywiście, moje nadzieje okazały się płonne. Przypominało to zabawę w kotka i myszkę. Cykl chrapania był zupełnie nieprzewidywalny. Gdy już zasypiałem po kilkunastu sekundach ciszy, nagle stawiał mnie na równe nogi nawrót przeraźliwych chrapnięć, głośnych niczym seria z karabinu maszynowego. Pozostała mi tylko jedna możliwość, ostatnia deska ratunku. Opuścić ten pokój. Ale dokąd pójść? Nie znałem tej przestronnej willi.

Było ciemno i nie byłem pewny, gdzie śpią inni, z wyjątkiem sprawcy tego piekielnego hałasu w pokoju obok. Wtedy przypomniałem sobie, że na dole w salonie jest komplet wypoczynkowy. Wziąłem poduszki, koc, włożyłem szlafrok i ranne pantofle i podążyłem ciemnymi schodami do salonu. Legowisko, którego szukałem, miało kształt litery L. Gdy się do niego zbliżyłem, ze zdumieniem spostrzegłem, że jest zajęte. Leżeli tam, zwróceni głowami do siebie, mój pacjent i jego żona.

Oboje pogrążeni byli w głębokim śnie. Oni również uciekli ze swojej sypialni. Tej niezapomnianej nocy dokonałem rzeczy niezwykłej. Jak wiadomo, niektórzy liczą przed zaśnięciem barany. Ja w desperacji – kiedy zrezygnowany wróciłem do mojego pokoju – przez osiem godzin liczyłem chrapnięcia. Czy uwierzycie, że było ich 926? Przez 480 minut naliczyłem dokładnie 926 chrapnięć -przeciągłych pojedynczych, dosadnych podwójnych i krótkich, urywanych jak wystrzały. Daje to w przybliżeniu dwa takie dźwięki na minutę. Rano nie wspomniałem słowem o tym, co działo się w nocy. Ale gdy mój pacjent zaproponował, żebym został u nich do końca tygodnia, nagle przypomniałem sobie, że muszę wracać do domu, bo mam bardzo ważne spotkanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *